Trzy miechy codziennego bezproblemowego dojeżdżania do roboty, to w końcu przyszedł czas na przygody.
Najpierw ta dętka - ciekaw jestem, ile ja czasu na flaku jeździłem, bo opona jest na tyle sztywna, że dopóki się od obręczy nie odklei, to kapcia jakoś mocno nie widać...
Nową dętkę następnego dnia podziurawiłem śrubokrętem (5 dyszek w plecy), więc dopiero dzisiaj w końcu udało mi się ruszyć na Ogarze piekielnym do roboty.
Noo i w połowie trasy na światłąch zgasł. Tak nie z gruchy ni z pietruchy. Dziwne, no ale odpalił od ręki znów i jadę dalej. Tyle, że coś nie gra - nie ma mocy. I z każdą chwilą ma jej jakoś mniej. Podjechałem jakoś ledwoledwo pod ostatnią górkę (w zasadzie minimalne wzniesienie) na jedynce i potem już bardziej zjechałem do roboty, niż dojechałem.
Zatrzymuję bestię i paczę, osocho w ogóle. I jest tak - pod siedzeniem coś skwierczy, kontrolki kierunków się jarzą (czyli jakiś lewy prąd na granicy wzbudzenia dostają), światło tylne się pali, chociaż niby światła są wyłączone (pali się migająco). Włączenie świateł na stacyjce powoduje zgaśnięcie silnika.
Wczoraj zmieniałem licznik i kombinowałem coś w lampie więc odruchowo ściągam ramkę i zaczynam kombinować tam, pomijając etap wstępnego myślenia. Rozłączam po kolei każdy kabelek ze stacyjki, tylne światło nadal pali się (miga) po odpaleniu. Tak samo po wyjęciu bezpiecznika świateł. Żadnego zwarcia nie widzę, w końcu idę śladem skwierczenia i zaglądam do schowków (gdzie mam CDI, aku, bezpieczniki, przerywacz i trochę kabelkowa). Nic nie skwierczy, nic nie iskrzy, wszystko solidnie przymocowane, nic nie luźne.
W międzyczasie ochrona ma bekę, że gościu w garniaku kombinuje coś ze śrubokrętem przy jakimś przedpotopowym cudaku.
W międzyczasie telefon do przyjaciela, w końcu jednak na własne ucho znajduję źródło skwierczenia. Zrobiła mi się mała spawareczka:
https://streamable.com/k9falx
No i wygląda to jak słaba masa. Ale skąd prąd na tylnej lampie? Enyłej, w robocie nie było opcji niczego z tym zrobić. Urwałem się więc przed zachodem słońca w nadziei, że może jakoś kawałek chociaż podjadę, żeby nie pchać przez ponad 3km (a świateł przecież nie mam - przynajmniej z przodu).
Ruszam i jest nawet nieźle. Tzn jest tragicznie, mocy nie ma, ale chociaż jadę. Turlam się pod wzniesienie na jedynce, licznikowo jakieś 10 na godzinę a maszyna ledwo zipie. Po chwili zaczyna się krztusić, zaczynają wypadać zapłony - najpierw pojedyncze, po chwili po kilka. Odpycham się co chwila nogami, na co motorek reaguje entuzjastycznie oferując chwilowe 0,001KM więcej i kilka dodatkowych sekund bez zakrztuszenia się.
Jadę, za mną procesja aut, na szczęście nikt nie wysiada, żeby qr* albo plombę sprzedać, nawet nikt nie trąbi w ucho - co w ojczyźnie w mieście stołecznym np byłoby już co najmniej niestandardowe.
Trzymam kciuki, żeby chociaż do końca wzniesień dojechać, to potem już prosta albo z górki, jakoś dopcham. No i w okolicach szczytu wzniesień gasną kontrolki migaczy, cichnie skwierczenia a motór zaczyna jechać. Nie wiem co się stało, ale do domu dojeżdżam normalnie.
No i tak - myślałem, że ta skwiercząca śrubka jest wkręcona w ramę i zaśniedziało i słabo łączy. Ale guzik prawda - to jest śrubka przelotowa która gołej ramy nie dotyka (wszystko dookoła jest polakierowane). No to ki czort?
Odkręciłem nakrętki, przeleciałem śrubkę gwintownikiem, żeby ewentualną śniedź ściągnąć, dałem nowe nakrętki (w gwint wtarłem trochę tłuszczu lutowniczego), zaoczkowałem jeden kabelek który był zawinięty pod nakrętką (oczywiście w moim zestawie oczek nie było szóstki, więc musiałem chałupniczo powiększyć 5tkę...) skręciłem wszystko z powrotem no i zobaczymy. Nie wiem generalnie, co się działo i dlaczego i co tu jeszcze zrobić...
a odnośnie tych robótek przy lampie dzień wcześniej - wjechały nowe liczniki:
Ogólnie, wizualnie jest w miarę, chociaż obrotomierz mógłby być mniejszy. Funkcjonalnie już gorzej - licznik mechaniczny działa legancko, ale nie działa mu podświetlenie.
Za to elektroniczny pięknie się odpala po podaniu napięcia, a gaśnie natychmiast po odpaleniu silnika. W zasadzie nie tyle gaśnie - bo widać, że ekran jest lekko rozjarzony, czyli prąd ma. Ale znika wszyściutko z wyświetlacza.
Najpierw myślałem, że to impuls obrotów z cewki jest niehalo, więc przepiąłem pod niebieski przewód z silnika (chyba impulsator?). Efekt ten sam.
No to odpiąłem sygnał obrotów w ogóle, tak dla testu - to samo.
No co jest.
Miernik w dłoń - 12.2V przed odpaleniem, 12.12V po odpaleniu (ładowanie pełną gębą...). No qrde. Może coś tu faluje i miernik nie chwyta?
Wyciągam zapasowe 12V i podpinam obrotomierz pod zewnętrzne zasilanie. Sygnał obrotów nie podpięty w ogóle, test bez sensu, bo co się niby ma dziać, jak nie zostawiłem żadnego połączenia elektrycznego z motórem.
Odpalam, wyświetlacz gaśnie.
Nooo, jego mać, to już jakieś cuda się dzieją. Czary albo coś się przez powietrze indukuje.
Po namyśle jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że śrubki mocujące licznika mają jakieś przebicie, a są przykręcone do blaszki, czyli daję im masę. Nie wiem, co się tu zmienia po odpaleniu silnika, ale jedyne połączenie licznika z pojazdem jakie zostało to właśnie te mocowania dotykające blachy, więc to chyba musi być to.
Dzisiaj już dałem spokój, jutro może pobawię się dalej.
Aha - ilość miejsca w lampie mi się skończyła, kable ją zajęły w całości. A wymiana licznika to koszmar. Nie wiem, czy tę żarówkę podświetlenia daje się jakoś wymienić, ale nawet nie będę próbował tego znowu wyciągać.